NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

Sylwia Stachowicz: Magia 42. kilometra

Stało się – ja jeszcze nie wierzę... Przez nikogo nie zmuszana wpisałam się na listę tych, co w ostatnią wrześniową niedzielę wyruszą na pojedynek z samym sobą, swoimi słabościami, wątpliwościami i ograniczeniami. Nie wierzę wciąż jeszcze, że odległe marzenie właśnie się materializuje.

Cała w duchu drżę, na zmianę: z ekscytacji i strachu, na samą myśl o przebiegnięciu 42 kilometrów, bo jak to zrobić, kiedy najdłuższy z przebiegniętych dystansów liczy 26 km? Doświadczeni przyjaciele mówią mi: to dobrze i mądrze, że drżysz, bo maraton wymaga respektu, nie wybacza błędów, albo srodze za nie karze, uczy pokory. Często w ich wspomnieniach pojawia się słowo „przetrwać“, co najmniej jakby mowa była o jakiejś wojnie – rzadko się do tego przyznaję, ale się stracham strasznie ☺.

Strach jednak na chwilę zostawiam, wiem, że w odpowiedniej dawce to super motywacja, ale u siebie obserwuję na razie wszystkie objawy przedawkowania, może więc miękko i bezpiecznie, dla ukojenia nerwów, przejdę do wspominania, co po drugiej stronie strachu mieszka – to chyba lepsza droga ☺.

Minione półtora roku odmieniło moje życie. Nie, nie jestem ani lepszym, ani gorszym człowiekiem, za to jestem swoim większym przyjacielem, dla siebie mam więcej dobroci, uwagi, miłych słów... Dla siebie jestem zdecydowanie nową wersją i ta bardzo mi się podoba ☺. Pisałam rok temu dlaczego zaczęłam biegać: dla sylwetki, braku cellulitu, dla rozsądnego zagospodarowywania wolnego czasu (po tym jak wyprowadziło się ode mnie moje „absolutnie najdoskonalsze dzieło“ – mój syn Karol), by biegać więcej i szybciej z moją przygarniętą Lao – najlepszą, psią trenerką, by móc bezkarnie jeść lody i czekoladę... Wszystko to i dużo więcej dostałam: skóra ładna i w dotyku miła; dwa rozmiary mniej; wiek biologiczny spada; dużo dobra dla ducha i ciała teraz i na zapas niesie ze sobą zdrowa dieta, którą stosuję; czas na maksa zagospodarowany; każdy problem, pomysł ze sobą podczas biegu przegadany; metabolizm lepszy; sen twardszy i jakby szybszy; kilka fajnych kolorowych, sportowych ciuszków do mojej szafy przybyło; jeszcze więcej energii i do rozdania światu uśmiechu. Hmmm – czy są jakieś w tych plusach minusy?

Pewnie – wszak bieganie to nie jest biznes idealny. Zaniedbałam przez treningi przyjaciół, mam jednak cichutką nadzieję, że swym wysiłkiem zapłacę za to, że było mnie dla nich mniej. Mój dom też nie należy teraz do najbardziej zadbanych, spadł trochę na plan dalszy. Tu nie obiecuję poprawy, bo marzą mi się po maratonie kolejne wyzwania i dyscypliny ☺. Nie mam też tyle, ile bym chciała, czasu by czytać, czytać, czytać... Bo choć się zaprzyjaźniłam wysiłkiem ogromnym z audiobookiem, to słuchanie nie jest porównywalne z przewracaniem stron, jest tylko marnym zastępstwem.

Teraz na kilka tygodni przed maratonem nadchodzi taki okres licytacji: jaki czas, jaki plan, jaki ciuch, jaki żel? Qurcze – to potęguje mój strach? Nie oglądam więc trasy maratonu, bo obawiam się, że ten tegoroczny będzie wyjątkowo i złośliwie dłuższy niż zazwyczaj, i że jednak coś wymyślę, by nie dotrzeć 27 września na linię startu ☺. Pomysł mam zatem taki, że pobiegnę w nieznane – przecież się nie zgubię i mety nie przeoczę. Choć z drugiej strony przyznaję, że mile mnie gdzieś tam w środku łechce perspektywa finiszu na pięknym, narodowym stadionie.

Zatem przyjaciele, znajomi, rodzino moja i moja „rodzino“ korporacyjna, moi dalsi, bliżsi kibice! Nie pytajcie o plany, czasy, po prostu tak, jak byliście obecni przez cały ten czas, każdy na swój sposób, w moim zmaganiu – pozostańcie!!! Bądźcie, bądźcie z dobrym słowem przed startem, na starcie z uśmiechem, który być może w tym dniu przegra u mnie ze strachem. Bądźcie na trasie – każda znajoma twarz, każdy uniesiony w górę kciuk, każde nawet najbardziej niedorzeczne okrzyki są lepsze niż najlepsze baterie, są jak skrzydła, jak słońca promienie w pochmurny dzień. To będzie honor i zaszczyt mieć Was obok.

Zabieram na trasę Was i moje ukochane talizmany. Wiem, że wszystko, co w nich zaklęte, pomoże, gdy zwątpię.

27 września br. stanę na starcie mego pierwszego maratonu... i niech się dzieje co chce. Powtarzam sobie co dnia słowa mego pana od wuefu: „Tu jest start, a tu meta – między nimi trzeba biec – cała filozofia“ ☺.

Do zobaczenia!
Trwa ładowanie komentarzy...