NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

Ewa Koprowska: Łi Pari – czyli biegając po Paryżu.

Jestem biegaczem. Mój partner również. Nawet moje dzieci, z mniejszym lub większym entuzjazmem, przygotowują się do kolejnych imprez. Największą radość sprawia nam nieodmiennie spokojny, biegowy spacer po pobliskim lesie. W tym roku, na kilka dni spokój lasu zamieniliśmy z szumem hedonistycznego Paryża.

Świat kocha Color Run

Na podróż mąż zarządził dla całej rodziny umundurowanie w koszulki Color Run. Już na lotnisku okazało się, że stojąca obok mnie dziewczyna również biegła Color Run. Biegł też nasz steward oraz jego współlokator – Szwed jak wynikało z opowieści.

Po przylocie do Paryża nieco się zmieszałam, gdy byliśmy pokazywani palcami przez grupę Japończyków. Dopiero dzięki wysokiej barwie głosu jednej z Japonek wyłapaliśmy „Color Run” z niezrozumiałych dla nas wypowiedzi.

Ostatni epizod ubawił nas najbardziej. Młody chłopak podbiegł do nas i spytał łamaną angielszczyzną „czy to dzisiaj?”. Ale co dzisiaj ? Aaaa… Color Run czy dzisiaj. Nie, niestety nie. Kiedy? Jakoś z miesiąc temu. Gdzie? W Polsce. Zdziwił się, uśmiechnął i poszedł w swoją stronę.



Poranna przebieżka

Wybiegaliśmy z mężem rano z dwóch powodów. Po pierwsze, Paryż odwiedziliśmy podczas największych upałów, więc im później tym warunki do biegania były już tylko gorsze. Poza tym wykorzystywaliśmy czas, gdy dzieci jeszcze śpią. Miło było wracając z treningu kupić świeżą bagietkę, trochę sera i wspólnie zjeść śniadanie. Mieliśmy potem cały dzień na rodzinne zwiedzanie.

Poranna przebieżka prowadziła nas do Sekwany, a potem w lewo do katedry Notre Dame lub w prawo do wieży Eiffela. Brzegi Sekwany są przygotowane na liczne stado biegaczy, chodziarzy i spacerowiczów. Najważniejsze to dostępna co kilka kilometrów pitna woda. Poza tym można się porządnie rozgrzać na drążkach. Jednak największą przyjemność sprawił mi widok dwóch starszych pań, które z niesamowitą gracją ćwiczyły Tai Chi.

Przy tegorocznych temperaturach bieganie nad rzeką było naturalnym wyborem – rzeka dawała trochę chłodu. Z drugiej strony, dyszące i pocące się stado biegaczy skutecznie ten chłód zabierało. Szczerze mówiąc nad Sekwaną biega się mniej więcej tak jak na małych, lokalnych zawodach. Czyli jest gęsto. Jesteśmy przyzwyczajeni do większej przestrzeni i ten niekończący się tłum nieco nam przeszkadzał.

Za to bardzo nam odpowiadało, gdy wracaliśmy po treningu pustą jeszcze uliczką, przez zacienione podwórze, a potem wspinaliśmy się po schodach chłodnej, starej kamienicy.



Gdy dietetyczka nie patrzy…
Jak już wspomniałam – Paryż kojarzę z hedonizmem materialistycznym, by nie powiedzieć z konsumpcjonizmem. Na tym właśnie poległam. Bagietki, sery i wino. Doskonała kawa i kafejki na każdym rogu, a do kawki takie małe coś. Tylko jedno, tylko dzisiaj, tylko w Paryżu. Po powrocie do domu waga pokazała coś okropnego. Moja kondycja była zdecydowanie niezadowalająca. Nie dałam rady zrobić wyznaczonego treningu. Przestraszyłam się, że z własnej głupoty zawalę całe przygotowania i nie dam rady przebiec maratonu. Przez zwykłe, ordynarne łakomstwo. Bagietki, sery i wino. Masakra. Wpadłam w panikę.

Potrzebna mi była szybka i profesjonalna pomoc. Justyna Mizera – nasz dietetyk – wysłuchała mojej spowiedzi, oszacowała straty i na drugi dzień zadała mi bardzo poważne pytanie.



A na detoksie musisz walczyć sam…

Justyna zleciła mi detoks. Doigrałam się. Dwa i pół miesiąca przed maratonem moja waga wróciła do stanu sprzed roku. Biegało się odczuwalnie gorzej. Co gorsze, próba wydolnościowa nie pokazała progresu. Waga mi ciążyła i trzeba z tym było szybko zrobić porządek.



Justyna troszczyła się o mnie przez cały tydzień detoksu. Zaczepiała, dopytywała jak się czuję, jak waga, czy są jakieś elementy diety, których nie jestem w stanie zjeść. Szczerze mówiąc najtrudniej było mi w pierwszych dniach wypijać 2 litry wody z cytryną i pieprzem cayenne. Po kilku dniach przyzwyczaiłam się i do tego.



Detoks zakończyłyśmy z sukcesem. Co ważniejsze, osiągnięta z powrotem oczekiwana waga utrzymała się. Miesiąc po detoksie ważę około kilograma mniej niż po jego zakończeniu. Wspólnie z Justyną wybrałyśmy z detoksu moje ulubione potrawy. Tak, były takie – na przykład pieczony batat czy plasterki jabłka posmarowane masłem orzechowym. Nową, wzbogaconą dietę – tak abym miała siłę trenować – dostałam na stałe. Czyli prawie do dnia maratonu. I wiecie co? To jest pyszne. Sery powędrowały do kategorii deser. Razem z bagietką.

Mobilizacja

Gdy dzięki pomocy dietetyka odzyskałam figurę sprzed wakacji czekała mnie jeszcze poważna rozmowa z trenerem. Szczęście w nieszczęściu było takie, że podstawową przyczyną dla której parametry próby wydolnościowej nie poprawiły się była waga. A z nią w międzyczasie sobie poradziłam. Jednak stracony czas i treningi trzeba jakoś odrobić. W mojej głowie zaczęła kiełkować pewna myśl związana z sierpniowym wypadem w góry.

Jadę na obóz biegowy. W Karkonosze. Z dziećmi. Będzie super. Gdy piszę te słowa jest piątek 21 sierpnia 6 rano. Obóz zaczyna się za 36 godzin. W następnym wpisie napiszę wam jak było, a w kolejnym… Kolejnego może już nie być. Za to ja będę już miała za sobą maraton :).
Trwa ładowanie komentarzy...