NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

Maciej Hassa: Czy warto biegać maratony?

Każdy musi znaleźć swój pomysł na bieganie. Ta zasada dotyczy zresztą wszystkich innych aspektów naszego życia. Mimo, że tak podobni to wszyscy jesteśmy kompletnie inni i w odmienny sposób podchodzimy do każdego wyzwania. Takim właśnie jest dla mnie przebiegnięcie maratonu.

Czym bliżej do zaplanowanego na koniec września maratonu tym więcej wątpliwości pojawia się w mojej głowie. Zastanawiam się przede wszystkim czy dam radę przebiec ten dystans. Przebiec bez bólu i w zakładanym przez siebie czasie poniżej 3 h 30 min.

Od samego początku programu, który wystartował w kwietniu zeszłego roku wiedziałem, że największym moim przeciwnikiem jestem ja sam i moje ciało. Liczne kontuzje, które przechodziłem w przeszłości dają o sobie znać. Szczególnie wraz z dłuższymi dystansami. Mimo tego, że granice wytrzymałości przesuwają się cały czas do przodu. Na początku powięź w lewej nodze bolała już po 5 km, teraz zaczyna kłóć dopiero po 25 km. Cały czas przytrafiają mi się jednak inne przygody. A to „zepnie się łydka”, a to „strzeli dwugłowy”, a to zacznie boleć rozcięgno podeszwowe. Cały czas coś się dzieje. To podobno normalne, kiedy biega się 60-70 km tygodniowo. Tylko czy bieganie takich dystansów jest normalne?

Jeden z moich poprzednich wpisów w całości poświeciłem temu, że dzięki bieganiu odnalazłem czas na bycie sam ze sobą, na przemyślenie różnych tematów i poukładanie spraw. I owszem, dalej tak sądzę, ale do tego wystarczy godzinny trening. Powyżej tego czasu zaczyna się walka z samym sobą i myślenie, że jeszcze tylko kilka kilometrów i trzeba wytrzymać, że również podczas tego treningu dam radę i zrealizuje założenia trenera, że nie pęknę, a ból w jakimś miejscu mojego ciała jest do przeżycia i dam radę skończyć trening. Takie myśli biorą wtedy górę nad życiowymi przemyśleniami, które schodzą na drugi plan.

U mnie powyżej godziny, no może półtorej, zaczyna się walka z samym sobą. A maraton ma w końcu tych godzin minimum dwa razy z nawisem więcej. To będzie ciężkie wyzwanie, któremu podołam tylko i wyłącznie ze względu na moją deklarację z kwietnia zeszłego roku. W innym przypadku, gdybym wiedział ile potu trzeba wylać i ile trwają treningi, na pewno nie zdecydowałbym się na taki dystans. Na dziś w zupełności wystarcza mi półmaraton, który pokonałem w mniej niż 1 h 40 min.

W tej chwili trenuje pięć razy w tygodniu. Dwa z treningów mają ponad 20 km, a więc zajmują mi (z rozciąganiem, skipami i innymi przyjemnościami) około 2 h 30 min. To dużo jak dla takiego amatora jak ja. Jestem pewien, że za dużo. Kiedy treningi trwały około godziny było do wytrzymania.

Tym wpisem chciałbym więc przestrzec tych, którzy zaczynając biegać i zakładają od razu, że przebiegną maraton. Stop. Pobiegajcie najpierw trochę. Zobaczcie jaką macie wytrzymałość. Jeśli okaże się wysoka, a motywacja będzie za nią nadążać pamiętajcie, że jeśli chcecie przebiec a nie przeczłapać maraton czeka Was wiele miesięcy wyrzeczeń i ciężkich treningów, bez których osiągniecie celu nie będzie możliwe.

Do zobaczenia na PZU Maratonie Warszawskim. Dla mnie, na dzień dzisiejszy, będzie to pewnie pierwszy i ostatni maraton. Nie mówię jednak hop. Może na 40 kilometrze w moim ciele pojawi się uczucie błogiej przyjemności? Raczej jednak w to wątpię i stawiam na ból  Mimo to, pamiętajcie jednak, że biegać warto. Każdy musi jednak znaleźć dystans dla siebie - #biegajnazdrowie.
Trwa ładowanie komentarzy...