NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

Sylwia Stachowicz: Maraton strachu i stresu oficjalnie rozpoczęty

Zajrzałam dziś na facebook’a i w jednej chwili z głośnym trzaskiem i prędkością światła zamknęłam komputer. Już jest! Kurczę!! Od samego patrzenia mam zadyszkę… jaką zadyszkę, to prawdziwy bezdech.



Podana właśnie została oficjalna trasa 37. PZU Maratonu Warszawskiego i ona jest w tym roku jakaś nadzwyczajnie, nienaturalnie, niesprawiedliwie dłuuuuuga. Umarłam ze strachu i nie wiem czy odważę się zerknąć na nią jeszcze przed startem. Może jednak najlepiej biega mi się w nieznane? Pamiętam jak podczas wiosennego półmaratonu w słońcu, pośród pogawędek z Panem Zającem, w radosnym towarzystwie nagle i nieoczekiwanie mignęła mi przed oczami flaga z napisem – 18 km – poczułam wtedy ogromne zmęczenie, a nogi stały się jakieś miękkie i nieposłuszne. Tłumaczę sobie „spokojnie, jeszcze nie czas, jeszcze o tym, co nie do końca jest zabawą, o tym jeszcze nie dziś”.

Nie, nie, nie! 90 dni stresu to zbyt wiele, więc żeby go trochę oswoić, udobruchać i pokolorować wrócę z radością do wydarzenia absolutnie niezwykłego, magicznego, energetycznego, pozytywnego, zwariowanego, najszczęśliwszego, najradośniejszego, w żadnych ramach poprawności się nie mieszczącego, niezapomnianego, tęczowego, które zajmuje specjalne miejsce w moim sercu – mowa o The Color Run. To, co wydarzyło się w minioną sobotę wokół Stadionu Narodowego, to absolutnie coś niezwykłego! Nie ma takich słów (ja nie znam takich), które mogłyby choć w niewielkim stopniu opisać tę energię jaka została wygenerowana podczas najszczęśliwszych 5 kilometrów na świecie. Pomyślałam sobie, że gdyby taka kolorowa energia i choć namiastka szaleństwa towarzyszyła uczestnikom maratonu, to pokonywałoby się go z lekkością. Bo podczas tego biegania, to było tak jakby się miało skrzydła, ważyło sporo mniej, miało o połowę mniej lat i żadnych trosk, które nas przygniatają i trzymają mocno przy ziemi.

The Color Run to wspaniały pomysł. Wierzę, że to skuteczna metoda na zarażanie ludzi pozytywną energią i pasją do sportu. Dla wielu osób było to pierwsze pięć kilometrów w życiu i po takim starcie trudno będzie się oprzeć pokusie, by nie spróbować znów, gdy okazało się, że to wszystko nie jest takie trudne, a raczej przyjemne i osiągalne. Wszyscy, szczególnie dorośli, uczymy się przez doświadczanie, a najlepiej wychodzi to przy zabawie, bo w każdym z nas drzemie nie do końca wybawione dziecko :).
Idea, kolor i energia tego wydarzenia wciąż mnie zachwyca. Kusi mnie by udać się do Krakowa i naładować baterie na tydzień przed życiowym wyścigiem z sobą samą w postaci maratonu. To mogłoby mi pomóc znów doprawić sobie skrzydła i sięgnąć po nie, gdy będzie kiepsko na kolejnym, dalekim kilometrze trasy:). W tym miejscu nie mogę nie napisać, że jestem dumna z pracy w firmie, która jest taka otwarta na nowe, nie zawsze poprawnie poważna, a bywa do tego kolorowa. I taka przecież jest też rzeczywistość korporacyjna:).

I ponieważ brak mi już słów, niech przemówią za mnie obrazy :).



Jak w życiu, jak w każdej drodze, jak każda podróż – i ta do mety maratonu zaczyna się w głowie. Dlatego sobie stres pokolorowałam, chwile niebowe, beztroskie sobie na zapas pochowałam w różnych zakamarkach siebie, będę sięgać jak po baterie:). I chyba nawet mam odpowiednie ubranie na to niezwykłe wydarzenie – szczęśliwe wierzę :).
Trwa ładowanie komentarzy...